Ostatni figiel Boruty

21.07.2003
autor: UM Łęczyca

OSTATNI FIGIEL BORUTY

Od czasu jak temu biesowi na weselu u p. Kaliny pan młody dwa palce odrąbał, nie wychodził on już więcej z lochów łęczyckiego zamku i teraz nie wodzi już kmiotków po topielach. Ze Boruta już się teraz nie zjawia, to prawda; ale w aktach popruskich kryminalnych grodu łęczyckiego są autentyczne dowody, że go bagatelna, nawet dla szlachcica a cóż dopiero dla diabła, przygoda z zięciem Kaliny na krótko tylko w lochach zatrzymała, że wylizawszy się z rany, długo jeszcze hulał po bagnach i trzcinach Bzury, i że dopiero chłopska kłonica dokonała tego, czego szlachecka szabla zrobić nie zdołała. Było to za rządu pruskiego. Łęczycę fortyfikowali; tysiące okolicznych chłopków codziennie pędzono do kopania szańców i sypania wałów; siły ustawały, sprzężaj się niszczył, a kmiotki gorzko utyskiwali, nie szczędząc przybyszom przekleństw i szczerych życzeń, aby się Boruta z nimi popieścił.

Wieczorami powracali do wiosek, poza błotami położonych, a Boruta, jakby w Spółce z Niemcami będący, przedzierzgając się to w kozła wskakującego na wóz, to w bernardyna proszącego o przewiezienie przez kałużę, to w dzikiego niby postrzelonego kaczora, który zrywając się i zapadając co kilka kroków wabił za sobą w chrapy, to przybierając liczne inne postacie, co wieczór — tego w błocie znurzał, tamtemu konia zatopił, innego całą noc po topielach wodził, dopóki chłopek, postrzegłszy zdradę biesa, nie odegnał go znakiem krzyża świętego, przed którym opętaniec jak oparzony uciekał, napełniając echem głośnego śmiechu odległe chrapy i trzęsawiska. Nazajutrz, przy dalszej pracy w szańcach i na wałach, opowiadano sobie one przygody, których rzadko kto nie doznał.

Był wszakże Stacho, parobek z Topoli, kościelnej wsi po tamtej stronie błot względem Łęczycy o pół mili położonej, zawsze trzeźwy, znający dokładnie wszystkie twardsze drożyny na błotach i umiejący nawet rozpoznać je w noc ciemną; ten nie miał jeszcze żadnego spotkania z Borutą, bo też zwykle, jadąc przez błota, odmawiał sobie półgłosem: Pod Twoją obronę uciekamy się Święta Boża Rodzicielko itd. Pewnego wieczora za-późniwszy się nieco i marząc o wczorajszej hulance na weselu brata, jakoś zamiast nabożnej pieśni nucił chmielą, popędzając strudzone koniki. Wtem nagle chrapnąwszy szkapy uskoczyły w bok i w jednej chwili Stacho, wywinąwszy kozła w powietrzu, upadł na dróżkę, a konie grzęzną i szarpią się w ubocznym bagnisku. Zrywa się Stacho, chce chwycić wypadłe z rąk lejce, a wtem tuż obok siebie słyszy przeciągłe; „he – he – he – he”. Wzdrygnął się, bo… oczywiście śmiech to Boruty. Jakoż, o dziwo przy jasnym świetle księżyca, który błyszczał jak rybie oko obok kępy trzcinowej, tuż przy drodze, widzi czarny od stóp do głowy potwór z wywiędłą, żółtawą twarzą: w szerokich ustach, z których wystaje kilka dwucalowych zębów, trzyma krótką fajeczkę; na głowie, zamiast czapki, duży nietoperz; ubrany był w aksamitny kaftan z wielkimi białymi guzami, w takież majtki u kolan białymi sprzączkami spięte; cieniutkie komarze nóżki odziane miał w czarne jedwabne pończochy i pantofle zdobne białymi sprzączkami; na koniec już nie jeden, jak zwykle u biesów, ale dwa ogony: jeden jastrzębi spadał od stanu kaftana, drugi jakby bawoli, wychodząc spod pirożystego kapelusza, na plecach się wałęsał, „W imię Ojca i Syna, czy ty bies Boruta”, krzyknie Stacho, czerpnąwszy odwagi w znaku krzyża świętego, „Ja, ja” usłyszał odpowiedź. Tak wyraźne przyznanie żadnej już nie pozostawiało wątpliwości. Chwyta więc Stacho za kłonicę z przewróconego wożą i silnym uderzeniem w czerep biesa powala go w błoto, które prysnęło na wszystkie strony. Wrzasnęło spłoszone dzikie ptactwo, czarny nietoperz wyskoczył do góry, pogoniły za nim małe nietoperze i upadł opodal. Po tym zwycięstwie mówiąc: Pod Twoją obronę odprzągł Stach splątane konie, ułatwił im wydobycie się z błota, podniósł przewrócony wóz, założyt znowu konie i nie oglądając się podążył do Topoli.

W oknach karczmy jasno, migają się tancerze, bo u Mazurów wesele trzy dni trwać zwykło. Nieobecność Stacha, starszego drużby, zwróciła uwagę; gdy się więc we drzwiach ukazał, sypnęły się nań wymówki i zapytania o powód tak późnego przybycia. — Miałem ci ja taniec — odrzecze Stacho — na błotach z Boruta, alem z niego przecie dzięki Matce Najświętszej nie tylko sam cało wyszedł, lecz jeszcze i tego przeklętego biesa na wieki uśmiercił. „Co ty znowu bajesz? biesaś uśmiercił? alboż to taka łatwa z nim sprawa? a ileż to on już szlachty, choć zbrojnej w bagnach natopił? cóż ty mogłeś z nim począć? możeś mu biczem łeb uciął jak wróblowi na konopiach? oj, zuchujesz, boś go jeszcze nie spotkał? ale przyjdzie kryska na Matyska, a ze strachu sto razy pacierz zaczniesz, a nigdy go nie skończysz”. „Baj baju, a ja wam zaręczam, że Borutę tak kłonicą w łeb uczęstowałem, że już więcej nikogo kusić nie będzie. Leży tam pod trzciną, łeb ugrzązł w chrapie, a jeno indyczy ogon i nogi na wierzchu zostały”. Tu Stacho opowiedział całą przygodę. Jedni nie dowierzali, a inni twierdzili, że chociażby i w kawałki biesi czerep się rozleciał, to się napowrót zrośnie, bies ożyje i jeszcze bardziej będzie dopiekał. Ten argument trafił do przekonania wszystkim, a nawet Stacho zdawał się nim być bardzo zakłopotany. Wszyscy niecierpliwie oczekiwali dnia, aby udając się znowu do robót szańcowych, mogli się naocznie o stanie rzeczy przekonać.

Nazajutrz prawie cała wieś wybrała się ku Łęczycy, odważniejsi na czele, a między nimi Stacho, Serce mu biło z obawy, czy tylko diabeł nie ożył. Prowadzi gromadę krętymi dróżkami, wymijając trzęsawiska i topiele, Każdy po cichu odmawia pacierze. Nagle cofając się krzyknął Kuba; „Jezus, Maria, Józef!”, Wszyscy jak jeden cofnęli się kilka kroków, nic jednak nie widząc. Po chwili, gdy żadne niebezpieczeństwo nie groziło, pytają się Kuby, czy co widzi. Ten wskazał tylko szpadlem, który trzymał w ręku, na krzak rokiciny. Wzdrygnęli się wszyscy, dostrzegłszy wpośród gałęzi czarne jakieś skrzydlate straszydło. Obchodzą krzak z daleka i Stacho poznał nietoperza, który za kapelusz Borucie służył; jedno tylko skrzydło, zapewne kłonicą przetrącone, wisiało obok na małej żyłce, Z kierunku, w którym wczoraj wyskoczył ów nietoperz, wniósł Stacho, że i sam Boruta za kępą trzciny, którą przed sobą widzieli, leżeć musi. Nie śmiać dotknąć zaklętego czarciego ubrania i omijając je z daleka, szli dalej, a gdy jeszcze byli ze sto kroków od drugiego krańca kępy, Stacho wszedł na spory pień suche) wierzby i wpatrzywszy się: „Nie ożył, leży!” — zawołał z radością, chociaż nie bez pewnej obawy. Zatrzymała się znowu gromada, wchodząc kolejno na pień, z którego Stacho pokazywał im wystające z bagna lśniącej czarności diable nogi i ptasi ogon. Uradowani, że Boruta nie daje żadnych znaków życia i winszując Stachowi tak świetnego czynu, poszli dalej ku Łęczycy zawsze jednak omijając z daleka potępieńca i ciągle oglądając się, z obawy, czy się nie zataił, aby niespodzianie na wszystkich zemstę swoją wywrzeć.

Przy pracy w szańcach, właśnie gdy wieść o walecznym czynie Stacha i wyzwoleniu okolicy od Boruty obiegała dokoła, dozorcy przy pomocy tłomaczy wypytywali się chłopków, czy nie spotkali gdzie w przeprawie przez błota pana Regierungsratha, który wyszedłszy wczoraj po południu w celu rozpoznania miejscowości dla zaprojektowania rowów i budowli grobli, zapewne gdzie uwiązł, gdyż dotąd nie wrócił i przez służbę nie został wynaleziony. Naturalnie wszyscy odpowiadali, że poszukiwanej osoby nie widzieli, a niektórzy dodali, że jeżeli tego pana spotkał Boruta, nim zginął z ręki Stacha, to niezawodnie ten bies przyprawił go o jakie nieszczęście. Wzmianka o Borucie, o zabiciu go wczoraj wieczorem przez Stacha, dała powód do dalszych pytań z jednej, a objaśnień z drugiej strony. Posłano służbę z kilku chłopkami, którzy z pnia wierzbowego zabitego Borutę widzieli, na błota, a tymczasem Stacho, nie wiedząc o tym, ściśle był strzeżonym, W godzinę powrócił jeden z wysłanych służących, mówił coś po niemiecku z oficerem kierującym robotami i zaraz potem, wśród zdziwienia i oburzenia wieśniaków, Stacho zaprowadzony został pod strażą do więzienia w zarzucie morderstwa, dokonanego na osobie Regierungsratha. Świeże wówczas zajęcie kraju przez Prusaków i nienawiść, jaką dla nich pałała ludność polska a więcej jeszcze podszepty złych ludzi, nasuwały władzom myśl, że to było morderstwo polityczne, że Stacho popełnił je przy wspólnictwie jednych a z wiadomością innych włościan wsi Topoli lub może i wszystkich okolicznych kmiotków, do robót w szańcach używanych. Doradzono więc, aby surowym i sumarycznym wyrokiem świeżą zbrodnię ukarać i dalszym zapobiec.

I stałoby się tak może, gdyby prawodawstwo pruskie nie posiadało porządnych kodeksów kar kryminalnych cywilnych i wojennych, jak również odpowiednich kodeksów postępowania i gdyby ścisłe stosowanie się do nich nie było przez wyższe i najwyższe władze surowo zalecanym i pilnowanym. Temu to prawodawstwu winni byli Stacho i drudzy kmiecie, że ich nie oddano pod sąd wojenny, ale pod kryminalno-cywilny; że w tej ostatniej drodze słuchano protokolarnie, pod przysięgą i konfrontowano licznych świadków, żadnemu wyłączeniu nie ulegających; że legendę o Borucie, której władze pruskie nie znały i za świeżo wymyśloną zrazu poczytywały, studiowano wszechstronnie i osiągnięto przekonanie, że o istnieniu Boruty, o mieszkaniu jego w podziemiach, które od zamku łęczyckiego aż do Tumu—wedle miejscowych podań — prowadzić mają, o jego licznych psotach, jakie w okolicy a szczególnie na błotach płatał, o przybieraniu przez niego różnych postaci, lud najmocniej i w dobrej wierze był przekonany, wreszcie, że postępowanie Stacha było zawsze moralne i bogobojne. Te wszystkie powody i okoliczności zważywszy, prześwietny łęczycki Criminal Gericht, wyrokiem swym, który w aktach z owej epoki dotąd podobno się znajduje, wyrzekł; „że Stacha w zarzucie rozmyślnego morderstwa na osobie łęczyckiego Regierungsratha jego królewskiej mości króla pruskiego, a kmiotków w zarzucie wspólnictwa i jakiegokolwiek udziału w tej zbrodni w zupełności niewinnych uznaje; niemniej, że samego tylko Stacha za zabójstwo tegoż Regierungsratha bez złego zamiaru i przy wszelkich okolicznościach winę tę łagodzących dokonane, na karę kilkotygodniowego aresztu skazuje”.

Następnie, wskutek tegoż wyroku, aby na przyszłość niewiadomością nikt się zasłaniać nie mógł, przez cyrkularze wójtów i burmistrzów oraz po kościołach z ambon i przez rozlepione na drzwiach władz i na rogach ulic ogłoszenia lud byt informowany, że osoby w stroju czarnym, niekrajowym, w aksamitnych z metalowymi jasnymi guzami kaftanach, również aksamitnych do kolan majtkach, czarnych jedwabnych pończochach i pantoflach z sprzączkami, nie są bynajmniej diabłami, Borutami, biesami lub innego rodzaju złymi duchami, lecz urzędnikami j. w. m. króla pruskiego. Że urzędnicy ci nie mają na głowie nietoperzy, ale stosowane trzyrożne, spłaszczone kapelusze. Za również nie są oni dwuogonowymi, ale że to, co za ptasi ogon poczytywano, są to poty od kaftana — a to, co się na plecach wałęsa, jest to narodowy niemiecki harcap. Ze więc zaleca się dla nich wszelki szacunek i poważanie.

Miało jednak sądownictwo pruskie tę wadę, iż postępowanie i obrona nie były publiczne. I Stacho więc i lud pozostali w przekonaniu, że urzędnik nie mógł przecież być kubek w kubek podobnym do Boruty, że urzędnika mógł istotnie Boruta udusić, a zaś Stacho niezawodnie Borutę uśmiercił. I od te] epoki, w której właśnie błota rowami osuszać i groble robić poczęto, bies ten nigdy się już nie zjawia.

Kozerski „Tygodnik Ilustrowany”
1862 r. nr 136, str, 178-179