Boruta – cz. II

21.07.2003
autor: UM Łęczyca

BORUTA

II

W ciemnym lochu łęczyckiego zamku, przy rozpalonej drzazdze smolnej, siedział na beczce jakiś wąsaty szlachcic i pił z beczki. Miał na sobie karmazynowy żupan, pas złotolity, na rzemyku szabla; czapka rogatywka z siwym barankiem nie przylegała mu należycie, jakby coś jej zawadzało; jakoż kiedy chciał się poskrobać po głowie, ujrzałeś przy ręku pięć ogromnych pazurów, a za uchyleniem czapki — małe czarne rogi. Był to sławny diabeł, pan Boruta, co pilnował skarbów zamkowych, pozostałych w ukryciu od udzielnych jeszcze książąt Mazowieckich, Twarz miał wielką, rumianą; wąs potężny, obwisły spadał mu wraz z brodą na piersi; wzrostu wielkiego, szeroki w plecach, oczu iskrzących. Zachmurzony siedział na próżnym antale po małmazji, ale kiedy miał się uśmiechnąć, wąsy podkręcał w górę i aż za duże uszy sterczące zakładał, „Już dosyć wysiedziałem się w tym loszysku ciemnym i wilgotnym, nie ma co i pić dalej, ostatnią beczkę węgrzyna za chwilę dopiję” — tak mówił do siebie Boruta.

„Myślę, że nikt się teraz nie poważy zajrzeć do tych skarbów, a jakoś tu i tęschno i nudno. Sto lat tak siedzieć na jednym miejscu, i kamień mchem obrasta; zawsze ciemno, chłodno, ponuro; a tam na świecie słonko świeci ptaki i ludzie wesoło śpiewają, kapele brzmią, ucztują radzi, Trudno wytrzymać dłużej. Hulaj dusza bez kontusza. Zamknę loch i przejdę się po świecie; trzeba jeno ubioru co poprawić, aby dobrze przyjęto gościa.”

U szlachcica Kaliny, o milę od zamku łęczyckiego, brzmi kapela, wydaje córkę najstarszą za mąż.†ma krewniaków napełniła całe domostwo; beczki z miodem, piwem i wódką stały w sieni, na ganku w izbach, bo pan Kalina, zamożny szlachcic, dziedzic całej półwioski. dobył woru z zapleśniałymi talarami, nie żałując wydatku na tak wielką dla siebie uroczystość. Już było po ślubie i po oczepinach, zaczęła kapela brzmieć chmielą, kiedy we drzwiach ukazał się nowy gość niespodziewany. Ubrany był w karmazynowy żupan, pas zlotolity, czapka na głowie rogatywka z siwym barankiem, na rzemyku szabla. rękawice czarne, buty z wywijaną cholewą i ogromnymi ostrogami. Jak stanął we drzwiach, całe zawalił; kiwnął głową, nie zdejmując czapki, i szedł dale] i na ławie usiadł. Kapela grać przestała, pieśń chmielowa ochotnikom na ustach skonała, niewiasty przerażone tuliły się do kąta. Gospodarz ujrzał na wszystkich twarzach pomieszanie, zbliżył się do nieznajomego i rzekł; „Panie bracie: zawsze możecie jeść chleb u mnie z solą, byle z dobrą wolą, ale na teraz nie prosiłem waszeci.. więc… proszę.” I wskazał na drzwi. Nieznajomy pokręcił głową na znak, że nie wyjdzie i wybąknął od niechcenia: „Pić”. Pan Kalina kazał podać gąsior z miodem i czarę, ale nieznajomy czarę rzucił na ziemię, przytknął gąsior i wypił do kropli. Szlachta łęczycka klaszcze z radości, wołając; „To nasz brat, nasz brat”. Nieznajomy uśmiechnął się wesoło, pokręcił wąsy w górę i aż za uszy założył, a beczkę miodu widząc, porwał, postawił ją na stole, czop wyrzucił, rozdziawił paszczę, łykając strumień napoju z szumem tryskający małym otworem. Wszyscy z podziwieniem nieznajomego otoczyli wieńcem; niewiasty i panny postawały na stole i ławkach, patrząc na pijaka, Nieznajomy łykał, sapiąc tylko nosem; wkrótce uniósł beczkę, potem dobrze przechylił, aż w końcu nie ma miodu, wszystko wytrąbił gracko. Wtedy, połową wąsa otarłszy z piany usta i brodę, krzyknął; „Kapela, chmielą !” i porwał za rękę pannę młodą. Wrzasła przestraszona, a gdy ją ciągnie, nie zważając nieznajomy na jej przestrach, staje w obronie pan młody i wyzywa zuchwalca na szable. Nieznajomy ociągał się powoli, ale gdy mu nowożeniec wyciął silny policzek, że zaledwie przytrzymał czapki na głowie, a od drugich poczuł na karku silne razy, zawołał; „Po jednemu, po jednemu”, I wyszedł na podwórze. Zawyły psy, jakby wilka poczuły; szlachta wybiegła za nim, żeby nie uciekł; zapalono łuczywa, wyniesiono świece, i zajaśniał podwórzec jakby od słońca w południe.

Nieznajomy dobył szabli, spojrzał iskrzącym wzrokiem, gdy pan młody krzyż święty na ziemi swoim kordem znaczył. Aż się skry sypnęły za złożeniem szabli;, nieznajomy dobrze się bronił, ale pan młody zręczniej, widząc zaś, że mu nie podoła, przerzucił z prawej ręki kord w lewą, czym odurzony przeciwnik nie dostrzegł cięcia i oberwał potężnie po ręku. Obciął mu dwa palce, spadła czarna rękawica, nieznajomy wypuścił z zakrwawionej dłoni szablę, aż tu kur pieje. Stęknął ranny, podskoczył i znikł z koła otaczającej go szlachty, zostawiając na ziemi pas złotolity, rękawicę zbroczoną i szablę. Gdzie stał, zakipiało trochę smoły, a gryzący zapach siarki uderzył we wszystkich nosy. Pan Kalina podnosi pas, porywa rękawicę, trząsa; wypadają dwa wielkie pazury z kawałkiem palcy. Pan młody patrzy na szablę; to pogańska; nie masz na niej znaku krzyża świętego, tylko księżyc turecki. I wołają wszyscy: „Boruta, Boruta”.

W ciemnym lochu łęczyckiego zamku przy rozpalonej drzazdze smolnej siedzi wąsaty szlachcic w karmazynowym żupanie, bez pasa i szabli, czapka rogatywka, ale z pociętym suknem, siwy poszarpany baranek. Leżał na dwóch próżnych beczkach, lizał rękę okaleczoną z trzema potężnemi pazurami, bo dwóch brakło, i tak prawił do siebie: „Nie wyjdę więcej na świat. Rano dobrze było, kiedym się wygrzał na słonku; ale wieczór cóż zyskałem z tą przeklętą szlachtą, co klaskała, jakem pił, a potem wyzywa na rękę? Myślałem, że im przecie podołam, aleć oni lepiej szablą robią jak sam diabeł, Zgubiłem pas i szablę, dwa pazury, pocięli mi czapkę, skaleczyli rękę, a co najgorsza, poznali, że Borutę obcięli”. I kręcił ze złości wąsy, darł brodę, a lizał rękę ranioną. Odtąd już więcej z lochu zamkowego nie wyszedł łęczycki diabeł.

K. W. Wójcicki Klechdy
Warszawa 1851 wyd. U t; I str, 218 – 226