Boruta – cz. I

21.07.2003
autor: UM Łęczyca

BORUTA

I

W pobliżu zamku łęczyckiego mieszkał szlachcic niewiadomego nazwiska i herbu, rosły i silny. Nikt z nim nie mógł mierzyć się na szable, bo za pierwszym złożeniem, przeciwnikowi silnym zamachem wytrącał oręż z ręki. Jak się raz plecami o zrąb domu oparł, całe sąsiedztwo nie dało mu rady. Stąd szlachcic dostał przydomek Botuty, bo mówiono powszechnie, że musiał mu diabeł Boruta pomagać, kiedy wszyscy nie podołali jego sile i mocy; a że nosił siwą kapotę, dla różnicy więc od prawdziwego diabła dostał przydomek Siwy; tak więc zwał się Siwy Boruta.

Od tej chwili nikt go nie zaczepiał, każdy pomijał lub ustępował mu z drogi, nawet w gospodzie pijana szlachta, kiedy porwała się do szabli, na sam głos Siwego Boruty wybiegała do sieni albo na podwórze i tam karbowała sobie dymiące łysiny.

To uszanowanie, a raczej bojaźń sąsiadów, co znali moc żylastej prawicy, wbiła go w dumę. Uniesiony nią, nieraz w zuchwałej przechwałce odgrażał, że jak złapie prawdziwego Borutę, to mu karku nakręci, a skarby, które pilnuje, zabierze. Uważano nieraz, że wtedy słyszeć się dawało w piecu i za piecem śmiech szyderczy.

Siwy Boruta, kiedy pił, a pił nie lada, bo najtężsi bracia-piskorze nie mogli go przepić, zawsze pierwszą szklankę wypijał za zdrowie diabła Boruty. Słyszano odgłos zaraz gruby, przeciągły:- Dziękuję.

Siwy Boruta miał dużo pieniędzy, ale wkrótce w hulance roztrwonił; postanowił przeto dostać się do skarbów i wziąć z parę mieszków złota od swego miłego pana-brata, jak nazwał diabła Borutę. O samej północy, zapaliwszy latarnię , zuchwały szlachcic, ufając swojej sile i szabli, poszedł do lochów. Wyostrzoną demeszkę (szablę) trzymał wydobytą z pochew pod pachą, a latarnią rozświetlał ciemnotę dokoła panującą. Ze dwie godziny chodził po zakrętach, nareszcie, wybiwszy drzwi jedne ukryte w murze ujrzał skarby; a w kącie, na bryle złota siedział sam Boruta w postaci sowy z iskrzącymi oczyma. Zbladł i zadrżał na ten widok zuchwały dotąd szlachcic; spocił się potężnie ze strachu; po chwili przyszedłszy do siebie, wyrzekł z cicha, z ukłonem i pokorą: „Mnie wielce miłościwemu panu bratu kłaniam uniżenie”. Sowa kiwnęła głową, co rozweseliło nieco Siwego Borutę. Ukłoniwszy się raz jeszcze, zaczął wypełniać siwej kapoty kieszenie i mieszki, które przyniósł, złotem i srebrem. Tak je obładowany, że zaledwie mógł się obrócić.

Już świtać zaczęło, a szlachcic nie przestawał garściami ściągać złota; w ostatku nie mając go gdzie włożyć, począł w gębę sypać, a że miał niemałą, nasypał dosyć i znowu ukłoniwszy się stróżowi, wyszedł z lochu. Zaledwie stanął na progu, kiedy drzwi się same zatrzasnęły i ucięły mu całą piętę. Kulejąc, a krwią znacząc ślady kroków swoich, przeładowany skarbami, dobywając ostatki sił, ledwo doszedł do domostwa. Upuścił na podłogę złoto i srebro, wypluł z napchanej gęby, a sam padł wysilony i słaby.

Odtąd miał dużo pieniędzy, ale siłę stracił i zdrowie. Przestękał całe życie i gdy w kłótni o miedzę wyzwał sąsiada, szlachcic ten, którego dawniej jednym palcem obalał Siwy Boruta, pokonał bogacza i zabił. Domostwo jego pustkami zostało, nikt zamieszkać nie chciał, bo sam diabeł Boruta często przesiadywał w starej wierzbie, co na podwórzu rosła, odwiedzał izbę i alkierz, pozostałe skarby przenosząc na powrót do zamku łęczyckiego.

K.W. Wójcicki Klechdy
Warszawa 1937r. wyd. I str. 191-197